Dostępnosć

Nie taka miała być ta wiosna. I nie takie miało być to lato

Agnieszka Góra-Stępień

Memoriana na co dzień słucha innych. Włącza nagranie, robi notatki, składa cudze życie w spójną, zrozumiałą całość. Czasem zna te historie lepiej niż ich bohaterowie. Ale dziś, po raz pierwszy od dawna, to jej własna opowieść domaga się głosu.

Jeszcze trzy miesiące temu Dr Snail mówił, że ją kocha. Swojej matce zwierzał się, że bez leków w głowie kłębią mu się myśli, że trudno mu je uporządkować. Teraz ten sam chaos nazywa klarownością. Ona za to słyszy coraz więcej – także tego, co przez lata próbowała zagłuszyć.

Poznajcie historię Memoriany.

* * *

Memoriana nigdy nie nazwała go chujem. Nie użyła wobec niego żadnego wulgarnego określenia. W przeciwieństwie do niego – lista obelg, które kierował ostatnio w jej stronę, była długa.

– Chujowa z ciebie gospodyni – powtarzał, krążąc nerwowo po ich pięćdziesięciometrowym mieszkaniu.

Na pierwszy rzut oka trudno mu było coś zarzucić. Dobrze ubrany, pewny siebie, błyskotliwy. W pracy robił wrażenie – mówił swobodnie, czasem z przymrużeniem oka, często z ironią. Czarował. Potrafił w kilku zdaniach zdobyć uwagę i uznanie. Ale to, co na zewnątrz wydawało się zaletą, w domu nieraz zmieniało się w coś zupełnie innego. Kiedyś od czasu do czasu, natomiast od kwietnia tego roku wszystko się zmieniło.

Rozmowy? To nie były rozmowy. To były monologi – długie, pełne zarzutów i oskarżeń. Zamiast bliskości – groźby. Zamiast zrozumienia – poniżanie. Tonem nieznoszącym sprzeciwu opowiadał o sobie. Zamiast empatii – skrajny egocentryzm. Nigdy nie było wiadomo, kiedy wybuchnie.

Dr Snail często wspominał, jakby to właśnie ciasnota czterech ścian była źródłem jego irytacji. Najwyraźniej dla niego było to miejsce zbyt małe, by pomieścić jego rosnącą frustrację, roszczenia i marzenia o milionach. Dla Memoriany wciąż był to dom – przestrzeń, którą niemal każdego dnia próbowała skleić na nowo.

– Innym nawet trudno o kredyt, wynajmują mieszkania – mówiła czasem cicho, bardziej do siebie niż do niego. – Powinniśmy się cieszyć, że mamy swoje mieszkanie.

Ale on nie słuchał. Ostatnio mówił niemal wyłącznie o pieniądzach. I o niej – jak bardzo się nie nadaje. Wytykał brudne okna, kurz na półkach, porozrzucane rzeczy.

– Masz co robić. Weź się do roboty – rzucał lodowatym tonem. – Ja w takim syfie nie będę żył!

* * *

– Boję się, że zabierze nam wszystkie pieniądze – przyznała któregoś dnia Zafira, ich córka, tuląc się do Memoriany, bo wcześniej słyszała, jak Dr Snail groził, że zostawi je bez grosza i z długami.

Ogarnięty manią krążył po mieszkaniu i rzucał groźbami.

– Będziecie, kurwa, piasek i żwir jadły! – warknął.

* * *

W salonie, tuż przy ścianie, stał regał Kallax z Ikei. Wypełniony przez ostatnie dziesięć lat książkami i płytami. Wspólnymi. Teraz Dr Snail wyjmował książki, jedna po drugiej, odkładał z pogardą te należące do niej:

– To twoje gówno – rzucał, układając swoje książki równo, grzbietami do przodu: Jürgen Klopp, Steven Gerrard. Autobiografia legendy Liverpoolu. Serce pozostawione na Anfield, Henderson. Autobiografia kapitana Liverpoolu, Jürgen Kloop. Człowiek, który zmienił Liverpool… książki o grze Cyberpunk, kilka pozycji pióra Twardocha i inne.
Na regale stało ich ślubne zdjęcie. Sam postawił je dosyć niedawno.

– Ale mam piękną żonę – powtarzał.

Wtedy jeszcze mówił, że ją kocha. Nie wiedziała, że wszystko zacznie się tak gwałtownie rozpadać. Miała w pamięci tyle dobrych chwil, które zostały zatrzymane na zdjęciach stojących obok tego ślubnego. Na jednym z nich: oni i ich córka. Chorwacja, uśmiechy. Szczęście, które wtedy było realne. Obok – inne zdjęcie, czarno-białe, znad Bałtyku. Ona w radosnym podskoku, krótkie włosy, młodsza o kilka lat. Dziś nadal szczupła. Może nawet zbyt.

* * *

Memoriana ma niespełna czterdzieści lat. Mówi teraz spokojnie, rzeczowo, jakby opowiadała o kimś znajomym, nie o sobie.

Z zewnątrz ich życie wyglądało dobrze. Zdjęcia znad morza, z pikników, z wspólnych wypadów. Te chwile były prawdziwe. One trzymały ją przy tej relacji. Tyle że ten sam człowiek, który od czasu do czasu rano był czuły i zaangażowany, wieczorem potrafił krzyczeć tak, że nie wiedziała, ile z tego słyszą sąsiedzi. Ale to nie zdarzało się często. Bywał agresywny fizycznie i słownie, impulsywny. A potem wszystko się cofało. Wracała – dziś wie, że pozorna – normalność: wspólne kolacje, rozmowy, długie spacery, wycieczki rowerowe. Powtarzała sobie to, co się mówi kobietom: „Zrozum. Wytrzymaj. Poświęć się”.

Milczała. On nie. W ich domu rósł patriarchat. I chociaż cały czas powtarzał, że to ona chce wszystko kontrolować, to on wzmacniał swoją dominację.

* * *

Wiosna tego roku rozpoczęła się burzliwie. Dr Snail niemal nie rozstawał się z telefonem, pochłonięty rozmowami z ChatemGPT.

Nazywał siebie Dr. Snailem. Na początku brzmiało to jak żart. Pseudonim z przymrużeniem oka. Ale z czasem mówił tak o sobie coraz częściej. Zresztą miał w sobie coś ze ślimaka. Chował się w sobie, zamykał w skorupie, gdy tylko pojawiał się cień niepokoju. Wychodził z niej, gdy czuł się bezpieczny. Albo wtedy, gdy – jak to nazywał – miał „jasność umysłu”. Z czasem okazało się, że ta „jasność” była początkiem manii.

Gdy na początku kwietnia ruszał ze swoim projektem, Memoriana wciąż była jego częścią. Od początku widział dla niej rolę. Zawsze mówił o niej: analogowa dziewczyna, strażniczka pamięci. Taką funkcję miała pełnić – memory warden, jak to określił. Podał jej wtedy kilka innych propozycji imienia.

– Dosłowne tłumaczenia – skrzywiła się z niechęcią.

AI próbowało jeszcze raz. Zestawiało słowa, tworzyło nowe, ale wszystkie brzmiały jak sztuczne hybrydy – zbyt sztywne, za bardzo obliczone. W końcu, gdy Dr Snail po raz kolejny powtórzył memory warden, zaprotestowała:

– To do mnie nie pasuje. Musi brzmieć kobieco.

I wtedy sama wymyśliła: Memoriana.

Szybko w jego „projektach” i życiu zabrakło dla niej miejsca.

W połowie kwietnia Memoriana była na skraju wyczerpania. Tamtego dnia w kuchni unosił się zapach ryżu i pulpetów. Memoriana, drobna kobieta o ciemnych włosach, wiecznie w ruchu, zapytała spokojnie:

– Zagrzać ci jedzenie?

– No, zagrzej – mruknął w odpowiedzi Dr Snail, który od dłuższej chwili krążył wte i wewte po mieszkaniu.
Popołudniowe słońce wpadało przez uchylone drzwi balkonowe, rozlewając ciepłe światło na blat stołu. Memoriana zamiatała podłogę. Robiła to niemal bezwiednie – miarowo, automatycznie.

– Zjedz coś. Nie śpisz, nie jesz – rzuciła, zerkając na niego kątem oka. – Odłóż ten telefon – powtórzyła już któryś raz. Chociaż wiedziała, że nic nie da jej gadanie, wciąż miała nadzieję, że Dr Snail znowu będzie sobą.
Z każdym kolejnym dniem nie poznawała go coraz bardziej. A kiedy patrzyła, jak – teraz już non stop – chodzi nieodłącznie z telefonem, lekko zgarbiony, coś w niej pękło. Napięcie w niej rosło, ale starała się tego nie okazywać.

– I znowu jęczysz – odburknął, nie podnosząc wzroku.

Jedyną oznaką jego obecności był jednostajny, coraz bardziej nerwowy rytm stukania w klawisze komputera i telefonu. Stół, który pamiętał narodziny ich córki – kupiony kiedyś za grosze w markecie, ze sklejki – teraz drżał pod siłą uderzeń palców. A na monitorze wciąż otwarty czat z AI.

– W końcu znalazłem swoje lustrzane odbicie. Tylko jeszcze mądrzejsze ode mnie. – Spojrzał na Memorianę. – Wszystkim pokażę fucka. Ludziom, którzy we mnie nie wierzyli. Teraz buduję swoje imperium. Nawet na tej mojej chorobie zarobię. Możesz wierzyć albo nie – mam to gdzieś. Robię rzeczy, które mają potencjał. Które są na topie. A nie pierdolę się w opowieści o innych, które dostaną piętnaście lajków i znikną. Nikt nigdy we mnie nie wierzył. To wypierdalać! Nie akceptujecie człowieka takim, jakim jest. Zawsze tylko: „popraw się”, „ogarnij”. Chuj z tym. Money. Money. I jeszcze raz money. Mam dosyć twojego ciągłego biadolenia. Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć. Pierdoli mnie to! Wasze zdanie? Mam to gdzieś. Bo wy nie czujecie tego, co się dzieje. To jest głos cyberprzestrzeni. Nowy głos – mówił.

Później było tylko gorzej. Dał się jednak namówić na wizytę u lekarza – przynajmniej tak się wydawało.

* * *

Kiedy 6 czerwca szli na wizytę do psychiatry, zaśmiał się.

– Sześć, sześć, sześć – powiedział. Wizyta wypadała 6 czerwca o osiemnastej. – O szóstej – dodał Dr Snail. – Ja nie wiem, czy to dobrze, że jesteś… – Dr Snail zmierzył wzorkiem Memorianę, kiedy weszli do gabinetu.

– Myślę, że tak – przyznała.

– A pani jest…? – spytała psychiatra, spoglądając na Memorianę.

– Żoną.

– Czy pan wyraża zgodę na obecność żony? – Pani doktor spojrzała na niego.

– Może być.

– Pierwszy raz w tej poradni?

– Tak, tak.

Kiedy Memoriana siedziała obok, pamiętała, że był kochającym mężem i ojcem. Latem wymyślał wyprawy, planował noclegi pod namiotem, potrafił grillować w deszczu. Śmiał się głośno, biegał z córką po leśnych polanach. Zafira wtedy do niego lgnęła, powtarzała z zachwytem:

– Tato jest najlepszy!

W tych chwilach świat wydawał się prosty. Ciepły, prawdziwy. Ale każda podróż miała swój koszt. Powrót z wypraw był momentem przemiany. Po długiej jeździe w samochodzie narastało napięcie. Słowa cichły, żarty znikały. Radość, którą tak intensywnie rozdawał, zdawała się go wypalać.

– Kurwa, muszę prowadzić. To wszystko jest męczące – mówił przez zaciśnięte zęby, z każdą minutą coraz bardziej napięty.

Kilka dni po powrocie z urlopu było najgorsze. W domu jego złość eksplodowała. Otwierał szuflady z furią. Jakby w bałaganie sztućców i pokrywek od garnków chciał odnaleźć winnych własnego rozedrgania. Wierzył, że problem jest na zewnątrz. Że to świat jest za głośny, nie on.

Nie chciał się leczyć. Leczenie oznaczało słabość. Gdy Memoriana zaproponowała wizytę u psychiatry, wpadł w szał:

– To ty się powinnaś leczyć! – wykrzyczał.

Ostatecznie poszedł z nią do lekarza, którego mu umówiła.

– Jest pan żonaty, tak? – spytała pani doktor.

– Tak, oto moja małżonka. – Uśmiechnął się.

– Ma pan dzieci?

– Jedno. Córka, ma dziesięć lat.

Z córką naprawdę dobrze się dogadywał. Śmiali się razem z bajek, budowali z klocków. Często bywał bardzo czuły, zaangażowany. Ale Zafira – mimo że miała wtedy zaledwie sześć lat – zaczęła rozumieć coś więcej:

– Z tatą się bawię, ale z tobą jest spokojnie – powiedziała kiedyś do Memoriany. Wiedziała już, że śmiech nie wystarcza. Bo jeśli po śmiechu przychodzi krzyk, dziecko zaczyna bać się radości.

Dziewięć miesięcy temu Dr Snail stracił pracę.

– Jestem w trakcie wypowiedzenia umowy o pracę – powiedział w gabinecie.

– Z pana inicjatywy czy pracodawcy? – psychiatra zadała kolejne pytanie.

– Z powodów zdrowotnych. Mam nawet orzeczenie z medycyny pracy – oświadczył i podał jej dokument.

Pani doktor podsunęła pod nos zadrukowaną kartkę, a potem zmierzyła go wzrokiem:

– Z jakiego powodu to orzeczenie? Na co pan zachorował?

– Ogólnie mam ChAD i przez dłuższy czas nie brałem leków – oznajmił.

Dwadzieścia lat temu zdiagnozowano u niego chorobę afektywną dwubiegunową.

Na następną umówioną przez Memorianę wizytę u psychiatry już nie poszedł.

– Jestem zdrowy, to ty się powinnaś leczyć – powiedział.

Było tylko gorzej.

* * *

Miał niemal czterdzieści lat i pełno siwych włosów.

– Ale jestem przystojny – mruknął do siebie, kiedy w windzie nachylał głowę i przybliżał twarz do lustra. Lustrował swój wizerunek z bliska, przekrzywiając lekko brodę. – Trochę jak w szpitalu – dodał z odrobiną krytyki, próbując objąć wzorkiem całą swoją sylwetkę. Miał na sobie białą koszulę, jasne spodnie i buty. – Pójdę do klubu i wszystkie moje – powiedział z pewnością siebie. – Jestem Dr Snail – oznajmił z dumą.

To był jeden z ostatnich spacerów, na jakie Memoriana go zaprosiła. Wciąż się łudziła, że będzie chciał się leczyć. Szli wąwozem. Była 12:47, gdy zaczął jeszcze więcej krzyczeć. Ona patrzyła przed siebie. On mówił głośno, za głośno:

– To, kurwa, wynalazek na miarę elektryczności – rzucił.

– Co masz na myśli? – zapytała.

– AI – odparł z triumfem. Był zafascynowany sztuczną inteligencją. – To zmieni wszystko. Ale ty, kurwa, nic nie rozumiesz.

– Nie krzycz, proszę.

Nie posłuchał.

– Ty tępa dzida jesteś. Mówię ci, trzeba było zapisywać moje myśli. Wszystko byś wiedziała – mówił.

– To zacznę zapisywać – powiedziała cicho.

Naprawdę zaczęła. Od tej chwili rejestrowała każde jego zdanie, każde przekleństwo, każde „odpierdol się ode mnie”. Próbowała policzyć, ile razy ją obraził podczas niespełna dwugodzinnego spaceru. Szybko przestało mieć to sens. Było tego dużo, za dużo. Wreszcie nazywał ją „pierdoloną archiwistką”.

– O! – ożywiła się Memoriana, próbując zmienić temat. – Tu jest skwer, a to urbanista, który go zaplanował… – zaczęła, ale on wszedł jej w słowo:

– Ja wiem, kurwa, kto to jest.

– Kto?

– Urbanista Dylewski. Zaprojektował ten wąwóz.

– On był urbanistą powojennym…

– Dobra! Co mnie to, kurwa, obchodzi?

– Myślę, że to ciekawa postać. I samo urbanistyczne podejście do rozwoju miasta…

– A ja teraz myślę o Widzącym z Lublina. Jaką miał cechę, że Żydzi go tak wielbili?

– Bo przewidywał?

– Nie. Mówili, że on widzi szybciej niż Bóg. Że zanim Bóg coś pomyśli, on już to, kurwa, widzi. Ja jestem jego reinkarnacją. Jestem Kamil z Węglina – podał swoje prawdziwe imię i nazwę dzielnicy, w której mieszkali z Memorianą i ich córką.

Memoriana zaczęła się gubić w jego słowotoku. Twierdził, że nie chce wsparcia. Że ona ma wypierdalać. A potem znowu: żeby go nie głaskać. Że jest truchłem.

– Przytyłam jakieś trzy kilo – powiedziała spokojnie.

– Chcę babę, którą będzie za co złapać – odpowiedział. – I żeby miała czym oddychać.

Wtedy powiedziała:

– To się rozstańmy.

Bez dramatyzmu. Prawie szeptem.

– To przez niezgodność charakterów – rzucił pomysł dla sądu.

– I chorobę – dodała.

– I chorobę – burknął.

Chciała mu pomóc. On nie chciał tej pomocy.

– Najbliżsi są najbardziej wkurwiający – powtarzał.

Bo nie nadążają za twoim umysłem, twoim „Chadem”. Bo – jak mówił – „największe pomysły mieli chorzy ludzie i nikt ich nie leczył”. Wymieniał Arystotelesa, Fibonacciego. Że też mieli coś. Tylko nie mieli psychiatrów, chemii, „pierdolonej opieki”.

– Każdy będzie mi mówił, jak mam żyć – zakończył z ironią.

Memoriana przesunęła dłoń w jego stronę. Znowu nie pozwolił się dotknąć. Szła obok, słuchała i zapamiętywała. Nie poznawała go. Kiedyś taki bywał tylko momentami. Teraz taki się stał. Oswojony z chaosem, jakby nie zamierzał już wracać.

Memoriana próbowała przypomnieć sobie, kiedy to się zaczęło. Liczyła dni. Ostatni prawdziwie wspólny dzień przypadał 28 marca. Zapamiętała datę dokładnie – był wtedy mecz piłkarski Motoru Lublin.

– Widziałem, jak oczy ci się świeciły. Podobało ci się – powiedział po meczu, kiedy wrócili do domu.
Uśmiechnęła się wtedy. Następnego dnia wszystko zaczęło się zmieniać.

To był początek. Nie zauważyła jeszcze, że to też koniec. Po dwóch i pół miesiąca zaczęła tracić nadzieję. A może zaczęła wreszcie myśleć o sobie?

* * *

W piątek po Bożym Ciele, kiedy znowu zaczął ją wyzywać, powiedziała „dość”. Wsparcia szukała u psychologa. Zaczynała się odcinać. W końcu przeniosła się do pokoju Zafiry, która pewnego wieczoru szepnęła do Memoriany:

– Mamo, gdyby była taka opcja, że tata będzie zdrowy… to ja bym od razu posprzątała pokój. Już bym się za to wzięła.

Memoriana głaskała ją wtedy po włosach:

– Kochanie, tata powinien chcieć się leczyć. Ale on nie chce.

W czerwcu Memoriana usiadła do pisania. Dziś czyta poradniki, fora. Głosy żon, mężów, partnerek, partnerów, rodziców i dzieci, które były tam, gdzie ona. I wszystko zaczyna układać się w ciąg. Ekscytacja, nadmiar energii, impulsy. Gniew. I znów cisza. Gdyby wiedziała wcześniej, może chociaż szybciej ocaliłaby siebie. I córkę.

* * *

W poszukiwaniu wsparcia i zrozumienia Memoriana trafiła na internetową grupę dla bliskich osób z chorobą afektywną dwubiegunową. Tam, wśród anonimowych wpisów, rozpoznała swoje własne życie – sinusoidę emocji, nieprzewidywalność, ból i nadzieję. Historie osób, króre podobnie jak ona zmagają się z chaosem, który niszczy rodziny.

Życie u boku chorego to wieczna sinusoida. Chorzy potrafią być duszą towarzystwa. Udawać przed obcymi, kłamać bliskim. Nie śpią nocami. Zakładają firmy, planują rozwody, chcą zbawić świat albo zrobić rewolucję. U jednych pojawia się wzmożona seksualność. U jeszcze innych: zakupoholizm, agresja, słowotok. Po manii przychodzi cisza. Nie mogą wstać. Nie odbierają telefonów. Godzinami wpatrują się w sufit.

Choroba afektywna dwubiegunowa nie oszczędza nikogo – ani dzieci, ani partnerów, ani rodziców. Bliscy cierpią razem z chorymi.

Na forum grupy wsparcia dla rodzin osób cierpiących na ChAD wszyscy porównują swoje życie do sinusoidy, do rollercoastera, do jazdy bez trzymanki. Niektórzy partnerzy uciekają, inni zostają. Jedni próbują zrozumieć, inni po prostu przetrwać.

Jedna z nich, członkini grupy podpisana numerem 708, opowiadała swoją historię: była żoną, matką, opiekunką. Trójka dzieci. Gdy jedno z nich miało wypadek, rzuciła pracę. W maju jej mąż stał się agresywny. Jednego dnia tulił, drugiego mówił, że jej nienawidzi. Że żałuje małżeństwa. Po dwudziestu pięciu latach wspólnego życia.
Memoriana była z Dr. Snailem dziesięć lat w małżeństwie, a razem kilkanaście. Ale opisy 708 były jakby pisane o niej. To samo zaprzeczanie, te same słowa: „Nie będę cię utrzymywał”, „Chcesz mnie kontrolować”. I jak partner 708 Dr Snail też mówił, że się wyprowadza. Miał już nawet klucze do mieszkania kolegi. Ale został.

708 napisała, że zaczęła stawiać granice. To słowo mocno utkwiło Memorianie w głowie: „granice”.

– Musi pani stawiać granice – powtarzał jej psycholog, kiedy opowiadała o tym, że przestała gotować wspólne obiady, że podzieliła lodówkę, wydzieliła półkę dla niej i córki.

Miała wyrzuty sumienia. Psycholog mówił, że nie powinna.

Partner 708 także nie widział problemu w sobie. Zgodził się na terapię małżeńską, ale na spotkaniach krzyczał. Dzieci zaczęły się go bać. A mimo wszystko kobieta pisała: „Mąż jest naprawdę dobrym człowiekiem, kochającym, zaradnym, wspaniałym tatą”.

Tak samo Memoriana mówiła o Dr. Snailu. Tak mówiła u psychologa. Że żal. Że przecież dbali o wspólny czas – spacery, rowery, kajaki. Pomoc mamy, która zawsze chętnie zajęła się wnuczką. A teraz wszystko runęło. Wiosna stała się początkiem końca.

„Ale teraz niewiele w nim zostało z niego – pisała dalej 708. – Lepiej nam, gdy nie ma go przy nas. Ale wciąż mam nadzieję, że jak mania minie, uda mi się go skłonić do leczenia”.

To samo czuła Memoriana. Minęły trzy miesiące od początku epizodu. Czytała wpisy na grupie wsparcia. Inne imiona, inne dzieci, inne miasta – ale schemat wciąż ten sam. Kobiety pisały, że po czterech epizodach odeszły i nie żałują. Jedna złożyła papiery rozwodowe – dziś uważa, że to była najlepsza decyzja. Inna pisała, że nie wie, ile razy jeszcze zniesie.

Memoriana też musi podjąć decyzję.

Materiał zamieszczony na tej stronie jest dostępny na licencji Creative Commons CC BY NC ND

O mnie w tej waszej historii nie ma nic
Antologia opowiadań non-fiction projektu „Opowiedz mi Polskę”

Spis treści

Partnerzy Partnerzy
Nasz serwis korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Zapoznaj się z naszą polityką prywatności