Dostępnosć

Pomiędzy liniami brak

Bells Smętek

There are many names in history but none of them are ours
(Wiela jes imiōn we historyje, ino żŏdnych nŏszych).

Richard Siken

1.

Na Śląsku jest tak:

zapalenie zatok od smogu, śnieg, który szarzeje na brzegach, charakterystyczny zapach zimy, który zostaje na włosach i przesiąka płuca; brudne fasady, pokruszona elewacja, pustostany; droga krzyżowa, która idzie przez las za wsią; szklanki, które dźwięczą przy tąpnięciu. Przyjaciółka ma męża górnika, a potem przestaje go mieć, bo ją bije. Nie zginął w żadnym z zawalonych tuneli.

Jako dziecko biegniesz do okna, kiedy słyszysz tętent kopyt na ulicy, żeby oglądać wozy z węglem.

Jako dorosły słyszysz głównie szum aut i że na Śląsku gryziecie powietrze. No przecież było nas jedenastu, mieszkaliśmy w kopalni. Nikt nie narzekał.

* * *

Na Śląsku jest tak:

zieleń wciska się w asfalt, parki – miejskie albo dzikie – pola po horyzont. Miasto, które leniwie się rozciąga, sięga ostatnimi domami do sąsiednich, a te w odpowiedzi palcami ulic dotyka tamtego. Przepływacie swobodnie: Gliwice, Katowice, Chorzów, Ruda, Świętochłowice, Bytom, Zabrze. Czerwona cegła, czasem zakryta, a czasem wychodząca na powierzchnię, drapie w słońcu. Przedwojenny napis odkryty na budynku, który mijasz po drodze do szkoły: Möbeln und Waren. Dawna brama miasta, której nie możesz pojąć, bo ktoś ją utopił wiele metrów pod poziomem ulic. Ta sama przyjaciółka, która zawsze przed wyjściem żegna się słowem „kocham!”, bo nigdy nie wie, czy wrócisz i zdążysz jeszcze odpowiedzieć.

„A to tyś jes nŏsz”, mówisz, ale nie wiesz już do końca, którzy to my, choć krzywisz się, kiedy ktoś mówi „Śląsk”, a chodzi mu o Dolny, i coś cię w środku ciągnie.

Nie wiesz, jak masz opowiedzieć o tej miłości, o tym bycie. Skoro jesteś stąd, to dlaczego cię tu nie ma?

2.

W 2020 roku w Katowicach na Mariackiej widzisz napis: „Wrócę tu po swoje serce”. Jesteś przejazdem, jesteś emigrantem.

W 2025 z napisu zostało: „Wróc”, spray na ścianach ewoluuje i rozrasta się jak dziki bluszcz, wrasta w mury jak pędy jeżyn.

Godzisz się z tym, że część tego serca zawsze tu zostanie; oddajesz je samemu, wyciągasz lepkie na dłoni, liczysz na to, że się przyjmie, bo oto na piersi masz blizny, stoisz nagi i mówisz światu: „To jestem ja. To je jo. Ino…”.

Ino że dławi.

3.

W 2021 wracasz z emigracji. Emigracja była twoim marzeniem.

Uczysz się jednak, że marzenia też mogą zostawiać blizny.

Wyjeżdżałeś z Polski. Wróciłeś na Śląsk, do matki, do hajmatu. Zielone ulice koją. Nikt ci nie wierzy, kiedy mówisz, jak zielono jest w mieście, jak inaczej niż tam. Całe lato jesz kluski śląskie i rolady w wersji wege, i fasolkę szparagową, bo nie mieli jej w Hiszpanii.

Nikt nie może zrozumieć, jak to było. Sam nie możesz zrozumieć, dlaczego tam miało być lepiej, a jakby cię rozrywało w środku. Dlaczego między niskimi budynkami jesteś wreszcie znowu u siebie, a nie sam przeciw światu. Dlaczego tęsknisz, ale nigdy nie wrócisz, dlaczego po roku dopiero umiesz przyznać, że cię tam zgwałcono – żaden mityczny dziki imigrant, sam przecież zaprosiłeś do domu; historia, jakich wiele. Teraz przynajmniej nie śnią ci się więcej koszmary, że ktoś cię próbuje złapać, bo na jawie już złapał, już było – next! Lata temu w Polsce na katechezie, jak w marnym kawałku propagandowym, groził ci kolega, że cię za gejostwo pobije na marszu, a teraz już by to na tobie nie zrobiło wrażenia, choby prōbowoł.

Sam nie możesz zrozumieć, dlaczego uciekałeś z Polski i do Polski; dlaczego uciekałeś, ale zostawiłeś cząstkę siebie tu i cząstkę siebie tam, nigdzie nie będąc pełnym – nie zmieściło się do bagażu.

W 2023 wyjeżdżasz, ale niedaleko, ledwie sąsiednie województwo, większe miasto, trochę lepsze powietrze. Zimą i tak bolą cię zatoki.

4.

Na początku jest inaczej.

Nie mówisz po śląsku, bo kiedy jesteś dzieckiem, po śląsku mówią tylko „wsiury”. Po co? By cię mieli brać za głupszego? Ale kiedy jeździcie do babci, to jest już Małopolska. I wiesz o tym, wiesz i czujesz się obco – ty jesteś ten z miasta, a tu się je inne jedzenie i akcent jest inny.

W 2024, kiedy umiera babcia, myślisz, że jednak jesteś trochę stamtąd. Zawsze tam będziesz widziany jako przyjezdny i zawsze będziesz czuł się odrębny, ale myślisz: „jeżech tukej tyż”; zostawiasz siebie wokół jak zgubione włosy i martwy naskórek, wnikasz w drewno w ławie, w czerwony dywan we wzory i w ceratę na stole, bo tutaj pamiętasz, jak przy remoncie dwadzieścia lat temu twój ojciec zostawił gęstą plamkę skrzepłej krwi na ścianie, kiedy podparł się ręką, i nadal umiesz nawet po ciemku wskazać, gdzie została do dziś.

Części ciebie nie ma, brakuje. Musisz znaleźć dla niej mowę. Uratowany wbrew woli przed językiem, który ci się należy. Uczysz się samemu, po trochu. Odkrywasz, że część słów masz śląską – tak, nie udało się ochronić całkiem i teraz każde z tych słów jak koralik nawlekasz na coraz dłuższą żyłkę.

W 2024 zaś prezydent zawetowoł ustawã o jynzyku ślōnskim. Dalej sōm my i sōm ôni. Ino to nic, niych se wsadzi w rzić, tera powstajōm ksiōnżki po ślōnsku, słowniki, strōny, niy usunie przecã tego wszyjskigo, choby chcioł.
Taką masz nadzieję. Nawlekasz kolejny koralik.

Rzadko myślisz po śląsku, często po angielsku, czasem po hiszpańsku. Każdy z tych języków ma swoją osobowość, która przecieka do ciebie, przesiąka. Bleeds through, ¿no?

Dodatkowe słowniki wypełniają przestrzenie pomiędzy znaczeniami, które już masz. Padają bliżej o milimetry. Kiedy myślisz po śląsku, ton masz złośliwy, słony; nigdy ci się tak dobrze nie sarka, jak wtedy. Męczy cię to dzielenie. Częściej podkreślałeś rozdział, kiedy czułeś się niepewnie z tym, kim jesteś.

A tera ino żeś jes.

5.

Linie Górnego Śląska nie przebiegają tak jak województwo, linie wepchnięto nie tam, gdzie poczucie. Niektóre części nie pasują. Niektóre nie są nasze.

Granice województwa nie mają dużo wspólnego z rzeczywistością, ale trzeba żyć wokół nich, dopasować je do siebie i siebie do nich. Linie przebiegają jak miedza, jak blizny, jak obca siła, na którą nie musisz zważać. Przecież wiesz, przecież czujesz, jak jest. Obojętne, co ci mówią, a czego nie.

Wiesz, gdzie się kończysz, a gdzie zaczynasz.

W 2015 tyn sam prezydent zawetowoł ustawã o uzgodnieniŏ pci. Ino to nic, niych se wsadzi w rzić, myślisz. Żeście byli, żeście som, bydziecie.

Lekarka na twojej piersi rysuje ślady. Wytycza granice. Pomiędzy nimi brak.

* * *

Pół życia wydawało ci się, że obraz wokół ciebie naszkicował ktoś starannie i delikatnie ołówkiem, tylko ciebie narysował mazakiem, nieuważnie. Myślałeś, że chodzi o kompleksy, że chodzi o obcość, ale tamte wyleczone, a mazak pozostał. Mija, kiedy dociera do ciebie, kim jesteś naprawdę, choć nigdy nie przemawiały do ciebie metafory o byciu urodzonym w złym ciele. Myślisz, że ty się przecież urodziłeś w dobrym, w tym, które utrzymuje cię przy życiu, trzeba tylko zrobić coś z tymi liniami – niech granice idą tak, żeby dało się je zaakceptować.

Myślisz o tym mazaku najwięcej, kiedy w 2022 roku umawiasz się na operację, a twoją klatkę pokrywają linie.

Tymi drogami pójdzie skalpel.

Być kobietą jest tak: …

A być mężczyzną jest tak: …

Idziesz ścieżką pomiędzy nimi jak miedzą pod Gliwicami. Na horyzoncie droga, rozdroże, pole słoneczników i kukurydzy pastewnej. Nie idziesz w lewo ani w prawo. Wchodzisz w las.

6.

Myślisz o Katalonii i Hiszpanii. Dzięki emigracji uczysz się mówić: Śląsk jest jak Katalonia, tylko tak, jakby jeszcze mniej ją uznawano za osobny byt. Niektórym łatwiej widzi się obraz oddalony o setki kilometrów.

Opowiadasz w mikroskali, rozciągniętej na dwa tysiące kilometrów, na dwadzieścia tysięcy kilometrów kwadratowych.

Z biegiem lat wypełniają cię tożsamości. Nikt ci nigdy nie mówił, że można ich mieć więcej. Myślisz o byciu Ślązakiem. O byciu Polakiem. Orientujesz się, jak inaczej może wyglądać świat, kiedy wyjeżdżasz i rozmawiasz z kimś spoza Śląska. Kiedy potykacie się o słowa, których nie znają, których ty nie znasz. Wydają ci się niewygodne. Krzywe, wyszczerbione. Wydaje ci się, że musi im ich strasznie brakować, choć o tym nie wiedzą. Jak mogą nie wiedzieć? Gdzie jest ich ciciek, ich borŏczek, jacy są, kiedy są zmierzli?

Z początku nie chciałeś, by cię z nimi mylono, choby cie ślōnskość mioła uchronić przed polskościōm, ino że ôna sie sama niy umioła obronić. Teraz widzisz, że macie części wspólne, że jesteś po części Polakiem; już nie boisz się przyznać, nie zabraknie ci ciebie od przyznania.

Lubisz pracować z Polakami, lubisz niektóre cechy narodowe, są twoje. Myślisz, że może macie coś wspólnego, ciężką pracę, chynć, aby ci dali pokōj. Macie żarty z papieża i o wojnie, te żarty o traumie, które za granicą wywołują niezręczną ciszę. Myślisz, że w Hiszpanii nie można zrozumieć, jak to jest możliwe, że twój śmiech nie wyklucza minuty ciszy, kiedy pierwszego sierpnia wyją syreny.

Myślisz, że może syreny nie powinny teraz wyć, kiedy macie tylu imigrantów wojennych. Myślisz, że Baczyński umarł głupią śmiercią zamiast pisać wiersze, które jak żadne inne idealnie opisują synestezję, i myślisz, że rozumiesz ich wszystkich, gorŏlōw czy niy. Więcej niż jedna rzecz mogą być prawdziwe naraz.

7.

Część ciebie, którą zostawiłeś w Hiszpanii, wydaje się ogromna, kiedy wyjeżdżasz. Po czterech latach widzisz, że była maleńka w porównaniu do reszty twojego serca. Myślisz, że może to ono musiało się rozrosnąć.

Jak roślina, która odżywa, kiedy przestajesz przelewać ją wodą.

* * *

Są i inni Ślązacy. Ci, co sie u niych dycki gŏdoło i którzy na ciebie patrzą z wątpliwościami, z rozbawieniem, z uniesioną brwią. Niby nŏsz, ino że jaki inkszy. Wstyd ci przy nich próbować gŏdoć, wstyd ci, że ci wstyd, oczy pieką złością. Nie wiesz na co. Jes jak jes. Złościsz się na gardło, że nie wydobywa dobrego akcentu. Wiesz, że myślą, żeś może i jes stōnd, ale i niy stōnd, tylko że nie wiesz, skąd byś miał być, jak nie stąd – ze Śląska, z domu.

Nic nie poradzisz na to, jak się u ciebie mówiło albo nie mówiło. Masz dwadzieścia, trzydzieści lat, a nie trzy, żeby temu zapobiec. Pomiędzy głoskami zawsze zostają białe miejsca.

8.

Pracujesz w IT, chociaż nie chcesz. Kiedy zaczynałeś, tam były pieniądze. Na humanistycznych studiach dyrektorce twojego wydziału świecą się oczy na informację, ile się zarabia w tym mitycznym IT na najniższych stanowiskach, i czujesz, że decyzja została podjęta za ciebie. Potem odtwarzasz scenariusz, jakich wiele: pandemia, zwolnienia grupowe, może gdybyś się tyla nie pultał w te robocie, to by trefiło na kerygoś inkszygo. Ale trafia na ciebie, na kogo wypadnie, na tego wypowiedzenie. Potem coś znajdujesz, ale długi ciągną się za tobą przez lata, nie da się już wyplątać z tej pracy. No trudno, i tak jesteś jednym ze szczęściarzy, nikt ci nie umarł w pandemii, nie musiałeś odwoływać ślubów ani odbywać pogrzebów pojedynczo, w bezpiecznym dystansie.

Pracujesz w IT, chociaż nie chcesz, i to IT dostarcza ci najlepszej metafory na twoją tożsamość płciową, jaką kiedykolwiek znajdziesz. Opowiadasz ludziom z entuzjazmem o błędzie null pointer exception: program próbuje się odwołać do zmiennej, która nie istnieje w pamięci. Nie jest pusta, nie jest inna niż spodziewana ani w innym miejscu; nie, nie – nie ma jej wcale. Odwołujesz się do braku.

Nie wiesz, czy brak zrozumienia w oczach rozmówców wywołuje koncept z programowania, czy koncept z życia. Czujesz, jakby ktoś kiedyś kazał pstryknąć przełącznik, wytyczył jasne granice: tu jes chop, tu jes baba, ale ty stałeś za daleko i kable z przełącznika nie sięgają, wytyczone linie kończą się gdzieś wcześniej. Pomiędzy liniami ty.

Kiedy w szkole rozmawiacie o tym, jakim bylibyście kolorem, mówisz: pryzmatem.

* * *

Składasz się z najróżniejszych elementów, zmieszanych zestawów klocków. Z hiszpańskiego języka i śląskich chodników. Ze snów po angielsku i z braku. Z odzysku. Ciało masz z odzysku i śląskość też z odzysku – wyszarpane dla siebie, wywleczone, wrośnięte w ciebie.

Nie wiesz, jak to jest nie być Ślązakiem, nie być trans, jak to jest mieć pełny język albo pełną tożsamość – jedną, konkretną, bez braków, bez mieszających się języków, bo zawsze byłeś taki. Pomiędzy wyrastają kwiaty, przebijają przez asfalt. Myślisz, że nie ma w braku nic złego.

* * *

Po operacji jesteś brudny, umazany fioletowym płynem do dezynfekcji, krwią, osoczem; linie po markerze lekarki schodzą ponad tydzień. Na klatce piersiowej masz blizny, masz brak i myślisz, że ten brak to wolność.

Chcesz pokazać blizny światu, stajesz przed nim nagi i mówisz: „To je jo. Taki żech jes”. Nie byłeś nigdy inny i nie byłeś nigdy inaczej. Nie ukryjesz tego, kim jesteś, nie wepchniesz się w granice, które zostały narzucone sztucznie, administracyjnie, żeby tak było komuś wygodniej.

Nie wiesz, jak masz komuś wytłumaczyć tę miłość, ten byt.

9.

Myślisz, że jest źle i dobrze, bo więcej niż jedna rzecz mogą być prawdziwe naraz, tak jak masz serce pozostawione w wielu miejscach. Uczysz się nadal hiszpańskiego, tyle lat po powrocie z emigracji, bo tkwi w tobie jakaś miłość do tego języka, który pada szybciej niż myśli, zahaczasz polskie R o to hiszpańskie; te quiero, cari, mówisz ludziom, których kochasz, nawet jeśli nie rozumieją.

Przyjeżdżasz na Śląsk i pęka ci serce, chyba że to pękają ci zatoki. Mieszkanie w Polsce kosztuje cię zdrowie, pół roku spędzasz z zapaleniem zatok, a lekarz ci mówi wprost: „W tym kraju to nie minie, potrzebne jest czyste powietrze, tak się tutaj na razie nie da” i to nie jest stanowisko polityczne, klimatyczne, ontologiczne, to jest rzeczywistość, która ma w dupie twój ból głowy. W Hiszpanii nie bolało, ale bolało cię życie. Twój ojciec mówi ci, że wymyślasz, i gdybyś sam tego nie poczuł, nie znał niczego innego, łatwiej byś się godził na ten ból.

W mieście, w którym mieszkasz, co jakiś czas mieszkańcy przekrzykują się, kto ma prawo nazywać się mieszkańcem, choć większość z nich jest przyjezdna albo świeża. Patrzysz na te kłótnie z autu, myślisz: „To gorŏl i to gorŏl”, uśmiechasz się, złośliwie albo rozbawiony. Obojętne ci, kto cię ma tu za swojego, bo wiesz, dokąd należysz.

Myślisz, że chciałbyś wrócić na Śląsk i nie możesz, i nie wiesz, czy kiedykolwiek wrócisz. Łatwo byłoby winić kogoś innego: prezydenta, Polaków, goroli, myślisz, wspominając zsypywany zimą do piwnicy węgiel. Nie wiesz, kogo za to winić – może nikogo, może wszystkich, może własne ciało. Pod dziąsłami masz blizny po operacji zatok sprzed ośmiu lat, ale niewiele pomogła; twoje ciało robi, co może. Ino wiela ôno może?

Myślisz o wojnie, obecnej wojnie, o tym, jak nas wszystkich zmobilizowała, i o tym, że pierwszy raz czułeś dumę z Polski, i o tym, jak wojna wciąż trwa, ale już mało się o niej mówi. Myślisz o tej wojnie, co do której wszyscy mówią, że nadejdzie, kiedy ty malujesz paznokcie i wstawiasz zdjęcia na Instagrama, bo jeszcze nie nadeszła i musisz jakoś żyć. Malujesz linie na kolorowym lakierze i myślisz, jak po innej wojnie granica kraju przechodziła przez podwórka w Ostropie – tu my, tu oni, Polacy i Niemcy, Ślązacy niech się martwią.

Uczysz się historii, tej najbliższej, najmniejszej. Czytasz po śląsku – raz, drugi, idzie coraz płynniej. U fizjoterapeuty goisz blizny na piersi.

* * *

Myślisz: „Tukej je żech i kaj niy pójdã, tam tyż bydã, jakoś, i zabierã to wszyjsko ze sobōm”. Może tyle musi wystarczyć. Kiedyś się bałeś, że coś stracisz – kawałek siebie, prawo do nazwania się jednym albo drugim. Co to za Ślązak nie na Śląsku?

Teraz się nie boisz, nie tego. Uczysz się chodzić na nowo, inaczej wyważony środek ciężkości. Krok masz pewny. Pozwalasz wszystkim rozrzuconym częściom ciebie rosnąć, gdzie chcą, nawet jeśli czasem boli. Growing pains.

Nie wiesz, ile jeszcze przyjdzie zapłacić i za co. Myślisz o Śląsku i to jest twój constans, jak ten brak. Wiesz, że będzie zawsze, gdziekolwiek jesteś, i jest ci z tym lepiej. „Mi corazón, wrócę”, obiecujesz kamienicom i polom, i sobie; „Muszę się nażyć i wrócę”. A część ciebie i tak tam zostaje, część ciebie nigdy nie wyjechała, część ciebie nie rozpoznaje już nowych fasad na głównej ulicy w mieście. Na ręku masz wytatuowane „hajmat”, a kiedy mówisz, że pojedziecie do domu, czasem mówisz odruchowo „do Gliwic” – to jest twój default, punkt startowy i meta.

10.

Nie wiesz, jak masz opowiedzieć ani czy ktoś chce słuchać, ani czy zrozumie. Ale mogymy prōbować, niy?

Nierówne linie blizn kończą się z żebrami, zostawiają miejsce na środku: na mostek, na pryzmat, na ciebie. Wyciągasz na dłoni serce – ciepłe, lepkie, z bliznami, poskładane z części – i mówisz: „To je jo. Taki żech jes.

Stōnd”.

Materiał zamieszczony na tej stronie jest dostępny na licencji Creative Commons CC BY NC ND

O mnie w tej waszej historii nie ma nic
Antologia opowiadań non-fiction projektu „Opowiedz mi Polskę”

Spis treści

Partnerzy Partnerzy
Nasz serwis korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Zapoznaj się z naszą polityką prywatności