Skurcze
Edyta Średzińska
Dwa skurcze. Trzy. Cholera, sześć.
Oddychać, po prostu oddychać.
– Obudź się, proszę.
Ścisnęła mocno ramię śpiącego obok mężczyzny.
– Co jest?
– Mam skurcze.
– Jak skurcze?
– Nie wiem, po prostu zawieź mnie do szpitala i wróć do dzieci.
Półmrok majaczącego świtu tworzył na ścianach surrealistyczne cienie. Niemal bezszelestnie zamknęła drzwi. Czekał przed domem. Stał z rękami w kieszeniach, ogromny i bezbronny jednocześnie, obok uruchomionego auta – włączony silnik dawał poczucie sprawczości. Wsiedli.
Wiedział, że gdy jest zestresowana, nie lubi rozmawiać, więc milczeli przez całą drogę. Raz po raz zerkał na jej pulsującą lewą skroń; widział, jak zaciska z bólu zęby, a paznokcie wpija w tapicerkę samochodu.
Izba przyjęć powiatowego szpitala mieściła się w suterynie. Ciężkie, pociągnięte gęstą emalią drzwi dobrze pamiętały głęboki PRL.
– Dzień dobry. Co się dzieje?
Z mroku sali wyłonił się zaspany facet w kitlu.– Kończy się dopiero trzydziesty pierwszy tydzień, a żona ma skurcze.
– Zapraszam panią do środka – powiedział głosem szarym jak jego twarz. – Która to ciąża?
– Piąta, ale miałam dwa poronienia.
– Na jakim etapie?
– W pierwszym trymestrze.
– Zbadam panią. – Lekarz wskazał leżankę umiejscowioną pod ścianą i dokończył notatkę.
Zimne światło jarzeniówki i metaliczny szczęk wziernika robiły jej z nóg obciągniętą skórą galaretę.
Wdech, wydech.
– Ciężarna z rozpoczętą czynnością skurczową – ogłosił lekarz. – Atosiban dożylnie, siedem miligramów. Wcześniej ciśnienie zmierzyć – powiedział w przestrzeń, w której były tylko ona i czająca się pod ścianą położna. – Na patologię kładziemy. I jeszcze wszystkie wymazy proszę, na cito.
Nie mówiła nic, nie dopytywała. Chciała być sama, chciała w końcu zasnąć i nie czuć nic. Łóżko. Chłodna, czysta i sztywna od krochmalu pościel. Zasnąć. Od czasu, gdy w szpitalu zmarł jej brat, a potem ojciec, kojarzyła to miejsce tylko z zapachem lizolu i śmiercią. To śmierć pachniała lizolem.
I wymiocinami.
Ciasne liny skurczu oplatające dół jej brzucha nie dawały za wygraną.
Nie przejdzie. Wiedziała, że nie przejdzie.
Czerwony przycisk. Ciekawe, czy w ogóle działa.
Nie potrafiła skoncentrować się na prawidłowym oddechu, choć pamiętała, że to uspokaja. I pomaga dziecku.
Za oknem ptaki w przyszpitalnym parku wydawały przeraźliwie piski – małe, pokraczne, niezdolne do przeżycia, ślepe i pomarszczone. I ono też takie będzie. Do końca życia będzie nosić brzemię niepełnosprawności.
Wołanie ptaków rozsadza łeb, ale to nie tu jest źródło bólu.
Bezradne, z szeroko rozwartymi dziobkami, gołe, o skręconych szyjach, wydają z siebie makabryczne dźwięki. Ona też krzyczy. Krzyczy zamiast testować czerwony przycisk.
Winda jedzie w górę. A w niej, w środku, wszystko zjeżdża w dół. Jakby miała urodzić wszystkie swoje wnętrzności, a nie nowego człowieka.
Rozbieranie się do porodu jest tak naturalne jak rozbieranie się do miłości. Zabawne – chwila przyjemności przynosi tyle godzin bólu. Nie może się wyprostować. Różowe wody cienkimi strumyczkami biegną po drżących nogach. Cienka, srebrna igła. Wszystko się rozmywa, znów to potworne rozdzieranie na dole.
Nienawidzi tego. Nienawidzi uczucia, że nie wie, gdzie ma odbyt, a gdzie pochwę, a wszystko staje się jedną wielką, rozdartą jamą. Gdyby ten ból obejmował całe ciało, może byłoby łatwiej. Ale nie, on jest tylko tam – od centrum w dół.
– Proszę się położyć.
– Nie mogę, nie chcę rodzić na leżąco.
– Proszę nie marudzić, to przedwczesny poród i nie ma innej możliwości.
Skurcze przestały być wyraźne. Już nie dało się ich liczyć – zlały się w jedno bolesne uczucie rozrywania.
Znała to, tak miało być. Pamiętała dobrze. Głosy dwóch położnych i lekarza rozmywały się w szumie, który uciążliwie produkowała jej głowa.
Zbyt jasne światło, zbyt jasne.
– Świetnie, pęcherz pękł. Rodzimy. Proszę trochę poprzeć.
Jedna z nich boleśnie włożyła palce w jej pochwę, a ona pomyślała, że zemdleje. Za chwilę było jeszcze gorzej – cały ból zstąpił do mięśnia w kroczu, rozdartego sprytnym ruchem uzbrojonej w nożyce ręki położnej.
Kurwa, ile to się będzie goić?!
Rodzenia łożyska nie pamięta zupełnie. Podobnie jak krzyku dziecka i szycia.
– Żyje?
– Proszę się uspokoić, robimy wszystko, co w naszej mocy.
Przecież jest zupełnie spokojna, po prostu chce wiedzieć. Już nic jej nie rozrywa, nikt nie nacina. Nikt nie dotyka bez zgody. Spokój. Świat lekko się kołysze, kolorowy pył sypie się z sufitu.
– Dzień dobry. Jestem neonatologiem. Straciła pani sporo krwi przez nacięcie, ale podratowali panią kroplówką. Dziecko żyje, ale jego stan jest ciężki. Ukończony trzydziesty pierwszy tydzień to skrajne wcześniactwo. Nie jesteśmy w stanie zrobić nic więcej, ale za pół godziny będzie gotowa karetka, która zwiezie pani córkę do szpitala w Rzeszowie. Mam obowiązek poinformować panią o ryzyku takiego transportu, a tutaj jest zgoda – tłumaczyła inna lekarka skrupulatnie. Miała młodą, usianą piegami twarz i bystre oczy pilnej uczennicy. Buzię okalały niemal białe włosy ścięte na pazia.
– Niech zostanie tutaj.
– Nie wiem, czy mnie pani dobrze zrozumiała, ale nasz szpital nie jest w stanie udzielić świadczeń, jakich potrzebuje pani dziecko.
– Doskonale rozumiem.
O mnie w tej waszej historii nie ma nic
Antologia opowiadań non-fiction projektu „Opowiedz mi Polskę”
Spis treści
- Adam Kaczanowski, Opowieści prawdziwej treści [Wstęp]
- Agnieszka Góra-Stępień, Nie taka miała być ta wiosna. I nie takie miało być to lato
- Jolanta Baum, Kobiety Ivana
- Justyna Sajdak, Nawet metka ma historię
- Edyta Średzińska, Skurcze
- Bells Smętek, Pomiędzy liniami brak
- Mateusz Szuba, Kanapa
- (Anna) Magdalena Walusiak, Zamiana
- Patrycja Warska, Nie pisałam się na to
- Inga Werecka, Na pewno się uda
- Ewa Wojtowska, Spokój nauczycielski
