Spokój nauczycielski
Ewa Wojtowska
1. Siedzę
Wyobraź sobie następującą scenę. Widzisz balkon apartamentu w wypierdzianej dzielnicy miasta stołecznego Warszawa. Budynek oklejony czarnym piaskowcem na modłę centrum handlowego Vitkac, co podkreśla ego właścicieli i tyle. Pierwsze piętro, balkon, trochę kwiatów, lekki nieład, beżowe barwy wykończenia amatorsko zaprojektowanej oazy spokoju. Ludzie będący na spacerze często robią zdjęcia budynku. Na ostatnim, piątym piętrze mieszka w nim jakiś celebryta – dowód prestiżu. Dla mieszkańców upierdliwość na maksa. Celebryta jest roszczeniowy, nie odpowiada na sąsiedzkie „dzień dobry” i panoszy się, jakby był właścicielem całego budynku.
Na balkonie pierwszego piętra w przestronnym fotelu ogrodowym z Ikei siedzi w letniej sukience kobieta lat pięćdziesiąt. Nie wygląda na swoje lata, ponieważ desperacko i nerwowo dba o resztki swojej młodości. Pogodzona z faktem powolnego starzenia ma jeszcze strzępki energii, entuzjazmu i przeświadczenia, że jeszcze wiele przed nią. Nie młoda i nie stara. Przeciętna. Siedzi w tym beżowym dwuosobowym fotelu, otulona poduszkami w bardziej beżowym kolorze i trzyma wysoko, na lewym podłokietniku, złamaną nogę w gipsie. Jest lato, więc trzyma się cienia i chowa przed słońcem w obawie przed wszelkimi przebarwieniami. Lewa noga w gipsie rzuca się w oczy, ponieważ znajduje się na wysokości jej ramion. Jej ciało otula tylko sukienka. Pod spodem golas, nic.
Wszystko przeszkadza. Jest gorąco i parno, a przed nią jeszcze pięć tygodni kuśtykania o kulach. Noga nie nadaje się do chodzenia do czasu zrośnięcia się kości piszczelowej, która pękła jak złamana gałązka.
W ręce trzyma pęsetę. Z nudów wydepilowała sobie brwi, wąsik, włoski na dużym palcu u nogi. Teraz zajęła się wyrywaniem włoska po włosku na łydkach. Zaczęła od prawej, a kończy na złamanej lewej. Włosek po włosku. Jakby to właśnie miało być jej życiowym zadaniem. Postanowiła w tym momencie tę idiotyczną czynność uznać za dzieło życia, które chociaż raz doprowadzi do perfekcji. Będzie wykonane idealnie, bez skazy, co do włoska. Nie ma miejsca na fuck-upy. Wszystko systematyczne i rozplanowane.
Tak jak zawsze chciała, aby wyglądała jej praca i wszelkie czynności życiowe. Nie bez planu i na żywioł, tylko z cierpliwością mnicha, ze spokojem w duchu, z zachowaniem wszystkich niuansów – jak ceremonia herbaty w wykonaniu japońskiej mistrzyni rytuału.
Wyrywa włoski z łydek, siedząc na balkonie z nogą w gipsie, wystawiona na widok każdego przechodnia, który nie może się powstrzymać od rzucenia okiem na budynek.
Projekt „Wyrywanie włosków z łydek” zakończony. Ta żmudna praca miała wprowadzić ją w stan medytacji. Niestety doprowadza właścicielkę wydepilowanych nóg do spazmów płaczu i załamania. Jak długo jeszcze?! Jak można w pierwszym dniu wakacji złamać nogę?!
2. Jadę
Mój zwykły dzień pracy nie ma nic wspólnego z tymi bzdetami z telewizji i internetowych, amatorskich, niekończących się dyskusji o tym, że każdy wie, jak uczyć, co powinni robić nauczyciele i dokąd ich wysłać za wszystkie krzywdy wyrządzone im w dzieciństwie.
Właśnie przeczytałam nowe projekty zmian w podstawie programowej języka polskiego. Czekam na nie z utęsknieniem. Niestety zaczynam wątpić w moc sprawczą wszystkich zespołów i grup metodyków z politykami na czele. Nikt nie zdołał od lat wprowadzić tego, co miałoby większe znaczenie dla przeciętnego nauczyciela w jego codziennej pracy. Wszystko to puder kładziony na syfa. Poprawki, doklejanie i odklejanie, łatanie dziur i malowanie stodoły farbą złożoną z pustych słów pod przykrywką ideologii.
Słucham tego jednym uchem. Nie pozwalam sobie na myślenie o tym. Byłby to mój koniec pracy w szkole. Jestem pogodzona z faktem, że teoria i kontakt z żywym człowiekiem to dwie skrajne orbity i nic tu nie zmieni mydlenie oczu nauczycielom o wprowadzeniu nowoczesnych metod nauczania i kształceniu ludzi myślących samodzielnie.
Prawda jest taka, że szkoła to nie fabryka, a my, nauczyciele, nie jesteśmy magikami. Do tego potrzebni są też rodzice, dziadkowie, krąg przyjaciół, nastawienie społeczeństwa, świadomość wartości wiedzy i samodzielnego myślenia.
Skąd wieczne dyskusje i kłótnie o system edukacji? Każdy szkołę przeszedł, a rzadko kiedy docenia to, co otrzymał. A otrzymał wiele. Niestety to, co z tym robi, to już inna kwestia, którą cały czas zwala się właśnie na nauczycieli. Mamy wiedzę podsuwaną pod nos. Niestety każda wymówka jest dobra i najlepiej owinąć ją w złoty papierek krytyki i pogardy. Trochę tak samo jak z odchudzaniem czy ćwiczeniami. Każdy może, nielicznym się udaje. Nie każdy zostanie alfą i omegą.
Jadę do pracy moją ukochaną beemką, mknąc pod prąd wszystkich warszawskich korpoludków, mozolnie dostarczających swoje pociechy przed robotą do szkół i przedszkoli. Jadę z centrum Warszawy do dzielnicy ludzi, którzy mogli zamienić mieszkania w bloku na dom z ogródkiem na obrzeżach miasta. Jest ich wielu i mają dzieci. Są przekonani, że chwycili pana boga za nogi i teraz wszystko im się należy. Łącznie z darmową całodzienną opieką nad ich dziećmi, oczywiście według ich reguł. Nie szanują szkoły publicznej, ale nie stać ich na prywatną edukację. Chwilowo zatem uznali, że szkoła publiczna jest jak szkoła prywatna, tylko taka na niby.
Moja praca zaczyna się o 8:00 – punktualnie. Nie ma spóźnienia i elastycznych godzin pracy. Jeśli się nie pojawisz o 8:00, to cała trzydziestka dzieci stoi pod klasą i nie jest zaopiekowana. Może to generować różne sytuacje, zaczynając od braku lekcji, kończąc na złamanym nosie kolegi, ponieważ z nudów bawili się w zapasy i jeden drugiego za mocno popchnął na ścianę. Wszystkie opcje są możliwe.
Wyjeżdżam zawsze wcześniej, pozostawiając moje dzieci niezaopiekowane w domu. Chcę po drodze spokojnie kupić sobie cappuccino, średnie na zwykłym mleku na stacji Circle-K. Płaci za to w połowie miesiąca mój mąż, który całe szczęście zalicza się do tej bogatszej części Warszawy. Mój samochodzik, paliwo, kawę, czasem nawet bajery dla dzieci do szkoły sponsoruje w połowie miesiąca mąż Wokulski z biznesu rodzimego stolicy. Gdyby nie on, szybko przeszłabym do sektora prywatnego albo rzuciła się w wir tego wszystkiego, co mijam po drodze zadowolona z mojego idealnego dnia pracy.
Należę do wymierającego gatunku nauczycieli kochających swoje zajęcie, powoli dobijanych przez teoretyków i ludzi wiedzących lepiej, a niepracujących w szkole. Zawsze powtarzam każdemu, kto wchodzi ze mną w dyskusję o szkole: „Zapraszam na lekcje. Do poprowadzenia minimum czterdzieści pięć minut plus przerwa, obowiązkowo na korytarzu”. To tylko jedna lekcja. W szkole podstawowej w klasach IV–VIII. Jedna lekcja i kontakt z trzydziestką dzieci. Konieczne będzie utrzymanie ich uwagi, szacunku, zainteresowania tematem.
Lekcja to sekwencja odcinków czasu, z których każdy ma swój cel i jest dopasowany do ucznia. Przy czym muszę działać z wyczuciem nastroju klasy. Co z tego, że mam dzisiaj zaplanowane imiesłowy i pełną prezentację z bajerami oraz pracę w grupach! Chłopcy z V C właśnie wrócili do mnie po WF-ie, na którym przegrali mecz z inną klasą. Są czerwoni, spoceni, zmęczeni i chce im się pić. Jeden siedzi ze łzami w oczach – dostał piłką w łeb. Dziewczyny słaniają się na ławkach. Są po godzinie siedzenia w szkolnej świetlicy z powodu nieobecności nauczyciela informatyki. Nie ma go od początku semestru, ponieważ nikt nie zgłosił się do tak banalnej roboty i wakat wisi. Matematyk jest w trakcie studiów podyplomowych z przygotowaniem do nauki informatyki. Nie wiadomo jednak, czy zdecyduje się tę informatykę przejąć. Brakuje przecież też matematyków. Na razie są dwie matematyce tuż przed emeryturą. Kiedy ich zabraknie, może w końcu system runie.
Lekcja wymaga modyfikacji. Imiesłowy idą w odstawkę. Dzisiaj zrobimy wojnę na słówka. Dwie grupy wylosowane automatem z apki Wheel of Names. Uczniowie kochają ten moment. Randomowo tworzę grupy i pracujemy nad pytaniami, przygotowując się do turnieju. Wszystko musi pójść zgodnie z czasem. Nie ma miejsca na przestoje w trakcie czterdziestu pięciu minut. Wszelkie pytania i nieprzewidziane sytuacje mogą zburzyć cały misterny, choć improwizowany plan.
A nieprzewidziane sytuacje to mój tlen w pracy. Oddycham nimi. Załamanie nerwowe ucznia, płacz bez powodu, czasem krew z nosa, chusteczka – leci smark, jednej zimno, innej gorąco, ten nie ma zadania, ta nie ma podręcznika, setny raz instrukcja, jak wykonać zadanie, mimo że wszystko wisi na tablicy. „Czy kartka może być w kratkę? Nie mam w linie”, „Czy mogę się napić, czy mogę zjeść kanapkę, czy mogę do toalety, czy mogę się przesiąść?”, „Ładnie pani dzisiaj wygląda”, „Jest pani najlepszym nauczycielem ze wszystkich”, „Lubię pani lekcje”, „Dlaczego pani pracuje w szkole? Nie chciała pani pracować w innym miejscu?”.
To wszystko nie byłoby możliwe bez mojego przygotowania, kontroli czasu, skupienia się tylko na uczniu, planu na każdą minutę, sympatii do żywej materii, mojej fascynacji sposobem myślenia nastolatków, radości z przebywania z uczniami. Nie ma tu miejsca na fałsz, udawanie pracy, jakieś przerwy na fajkę i kawkę. Siedem lekcji z przerwami wymaga pełnego skupienia i podzielności uwagi. Życzę powodzenia każdemu, kto raz rzucił kamieniem w nauczyciela.
Te wszystkie memy o nauczycielach w zasadzie są prawdziwe. Dotyczą każdego z nas na całej kuli ziemskiej. Mogę oglądać codzienność nauczyciela amerykańskiego i europejskiego. Niczym wielkim się nie różnią. Brytyjski serial Adolescence uświadomił mi to bardzo mocno. Odcinek, w którym pokazano szkołę tego młodego nieszczęśnika, jest przerażająco prawdziwy. Jeśli jeszcze ktoś się okłamuje, że w Polsce jest inaczej, jest w błędzie. Nasza młodzież niczym się nie różni od tej brytyjskiej z serialu. Nie ma tylko mundurków. Jest zaniedbanie ze strony rodziców, rozmemłanie dzięki Internetowi, zagubienie młodych, brak przyjaciół, samotność, przemoc pod płaszczykiem mediów społecznościowych. Uczniowie mają dwa życia, dwie osobowości. Tę na zewnątrz pokazują innym – w szczególności dorosłym. Druga ich twarz to ta w sieci, na TikToku, wśród rówieśników. Tej drugiej nie chcemy widzieć; udajemy, że jej nie ma, okłamujemy się, że moje dzieci tego nie robią.
Sama pamiętam, jak odkryłam, że moja córka ogląda zdjęcia porno w telefonie. Byłam porażona. Potem zobaczyłam fragmenty klasowej rozmowy na WhatsAppie. Kilo przekleństw z każdej strony. Nawet te najgrzeczniejsze dziewczynki z wzorowym zachowaniem. „Tak u mnie w domu się nie mówi. Tak nie mówią moje dzieci”. A jednak tak się dzieje. Zawsze się działo. Tyle że dzisiaj Internet to teren jałowy, pustynia bez dorosłych. Młodzież siedzi tam sama jak dzieci z Władcy much Williama Goldinga. Nie wiem, czy pamiętacie, do czego tam doszło. Tytułowy Belzebub daje czadu!
My, nauczyciele, mamy swój język i zwyczaje, jak każda grupa zawodowa. Niestety to naszej grupie zawodowej dostaje się jedna z największych dawek pogardy i pouczania każdego dnia. Nie wiem, skąd się bierze takie przyzwolenie na rzucanie w nas błotem. Współczuję lekarzom. Oni jednak otaczają się ludźmi chorymi, często niepanującymi nad emocjami. Nas atakują zdrowi na umyśle dorośli. Skąd to się wzięło i jak to możliwe, że przy okazji to nam oddają pod opiekę na większość dnia swoje bąbelki? Przecież to my spędzamy więcej czasu z ich dziećmi niż oni sami.
Prawda jest taka, że widzę, jak moi uczniowie żyją, co się dzieje w rodzinach, kto się nimi opiekuje. Z czasem zadaję sobie jedno zasadnicze pytanie: po co niektórzy ludzie mają dzieci? Po co im to? Po co dzieciom takie rodziny? Wielu uczniów widzi swoich rodziców może ze dwie godziny w ciągu dnia. Czasem nawet nie tyle. I to nie są jednostki. Większość, owszem, ma kontakt telefoniczny, kiedy coś się dzieje. Nie ma jednak codziennych rozmów, zainteresowania, głębszej więzi. Rodzic interweniuje tylko wówczas, kiedy dzieje się coś niedobrego. To są ich kontakty z dzieckiem i ze szkołą. Nie dziwmy się zatem, że młodzi nauczyli się szukać u rodziców tylko pomocy. Niczego innego.
Mój dzień w pracy to wachlarz emocji: od entuzjazmu po frustrację. Z jednej strony wyniki uczniów od celujących po beznadziejne. Zawsze z czegoś wynikają. Na koniec sama się zastanawiam, co zrobiłam źle. Dlaczego nie nauczył się jeden z drugim. Nie zrozumiał mojej lekcji. Za trudne, za nudne, za długie? Jestem beznadziejna. Nie – jestem genialna. Tylko nie dzisiaj.
Dzisiaj otwieram dziennik Librus bez sprawdzania maili. Nie chcę się denerwować. Mam długi i trudny dzień z klasą VII i IV. Pierwsi uczą się pisać rozprawkę i muszą sami zacząć tworzyć argumentację. Nie jest to łatwe. Samodzielne myślenie jest w cenie. Nie każdego na to stać. Na to ma wpływ wiele czynników. To jest proces, a nie jedna lekcja. Nie wystarczy przeczytać lekturę. Należy po jej przeczytaniu pomyśleć w kontekście czegoś. To jest taka sama sytuacja jak dyskusja po obejrzeniu filmu w kinie. Spotykasz się ze znajomymi i dyskutujecie o filmie. Im głębsza wiedza i emocje, tym lepsza argumentacja i zacięta debata. Uczniowie tego nie potrafią zrobić tak z dnia na dzień. Wpływ na to ma nie tylko lekcja polskiego. To całokształt: rodzina, środowisko, zainteresowania, sposób spędzania wolnego czasu. Są uczniowie, którzy mieszkając w Warszawie, nigdy nie byli w teatrze. Nie wspomnę o muzeach czy filharmonii. Gdyby nie wyjścia szkolne, nie mieliby w ogóle kontaktu z kulturą. I nie jest to w sumie mniejszość. Jak to możliwe, że mając pod nosem nieograniczone możliwości kulturalne, nie uczymy młodych ludzi pewnych nawyków? Owszem, dużo o tym mówimy. Praktyka niestety leży w gruzach. To nie ja jestem od wychowywania dziecka. Ja mam je nauczyć, jak żyć w grupie, jak pracować i nie oszaleć. To rodzic ma wychowywać swoje skarby. Ja mu mogę tylko w tym pomóc, jeśli wpuści mnie do swego życia.
Klasy IV to prawdziwa orka na ugorze. Pierwszy semestr muszę poświęcić na nauczenie ich uczenia się. Szok związany z różnicą między klasami I–III a wejściem na wyższy poziom jest jak wrzucanie dzieci do basenu, aż same nauczą się pływać. Moja rola to systematyczne uczenie nawyków. Zapisz, przepisz, otwórz książkę na odpowiedniej stronie, wykonaj zadanie bez zadawania pytania, sam pomyśl, potem zapytaj. Czasem zwykła czynność przyniesienia książki, zeszytu i czegoś do pisania na lekcję przerasta ucznia. Najtrudniejsza robota zaczyna się w drugim semestrze. Wtedy zaczyna się praca z rodzicem, który nie rozumie zmian w ocenianiu, wymaganiach, pracy na lekcji. Pojawiają się jedynki, dwójki do poprawienia. Rodzic wpada w tryb uczenia dziecka w domu, korepetycji, samodzielnego ślęczenia przy lekcjach, popada we frustrację, zaczyna oceniać samego siebie. Każda jedynka to jego porażka. A każda jego porażka to wina nauczyciela. Ta praca jest dużo trudniejsza. Dzieci się zmieniają, rozwijają, dojrzewają, uczą się nowych rzeczy. Dorośli już nie.
Nie czytam maili przed pracą, ponieważ mogłabym nieopatrznie wysłać wściekłemu rodzicowi nieprzemyślaną wiadomość. A jak wiadomo, nauczyciel nie może przecież odpisać na obraźliwego maila tym samym. Po pierwsze, to nieprofesjonalne. Po drugie, mamy wychowywać nie tylko dzieci, ale także dorosłych. Zakładam już od lat, że w każdej grupie klasowej wśród rodziców znajdzie się jeden tak zwany trudny. Ta nazwa to oczywiście eufemizm. Jest to nieowijający w bawełnę cham, podszyty traumą szkolną, dorosły o ograniczonej możliwości wiary w siebie. Na informację, że uczeń na przykład kopie w ścianę lub niszczy mienie szkolne, dostaję odpowiedzi typu: „Czy pani zastanowiła się, dlaczego córka kopie ścianę? Nie jest pani pedagogiem z krwi i kości”. Nie wspomnę o mailu informującym mnie, że jestem chora psychicznie i niestabilna emocjonalnie, i to w oficjalnej korespondencji. O straszeniu nasłaniem dziennikarzy, telewizji czy podaniem do kuratorium tylko dlatego, że zachowanie dziecka było poniżej oceny bardzo dobrej, co nie kwalifikuje do otrzymania czerwonego paska na świadectwie. Pomaga jedynie poinformowanie oficjalnie, że jeśli taka sytuacja pojawi się jeszcze raz, spotkamy się w sądzie cywilnym w sprawie o zniesławienie.
Normalna, codzienna dyskusja nie wchodzi w grę. Forma rozmowy niektórych ludzi to ciągły atak. Domyślam się, że jest on wypracowywany latami i podszyty lękiem. Dlaczego jednak nauczyciel musi być celem takich frustracji? Czy nie może przejąć tego terapia u psychologa? Ja do tego nie zostałam przygotowana na studiach. A poświęciłam na to pięć lat orki na filologii polskiej na uniwerku ze specjalizacją pedagogiczną i wydawniczą oraz podyplomowych studiach w nauczaniu języka polskiego jako obcego. Nie jakieś tam szkolenia. Magister z uniwersytetu! Szkoda, że nie dodałam do tego pięciu lat psychologii ze specjalizacją „terapia sfrustrowanego rodzica dwójki dzieci, nieprzygotowanego na to, co go czeka po drodze w trakcie wychowywania jego bąbelków”.
3. Stoję
Jem coś między lekcjami, stojąc na dyżurze w szkolnym korytarzu. Pogadam trochę z koleżankami z pracy, które śmieją się z żartów jasnych tylko dla nas, nauczycieli. Sarkazm i ironia są naszą bronią, a kurtyna milczenia i przewracanie oczami naszym orężem. Przeczytam jednak maile w domu. Po co się denerwować? Już widzę jeden problematyczny tytuł w wiadomościach. Wiedziałam już wczoraj, że tam się znajdzie. Bąbelek w klasie VII dostał tróję ze sprawdzianu. „No przecież uczyła się w domu”. Czytaj: ma korepetycje. „Za co ja w końcu płacę?”.
O mnie w tej waszej historii nie ma nic
Antologia opowiadań non-fiction projektu „Opowiedz mi Polskę”
Spis treści
- Adam Kaczanowski, Opowieści prawdziwej treści [Wstęp]
- Agnieszka Góra-Stępień, Nie taka miała być ta wiosna. I nie takie miało być to lato
- Jolanta Baum, Kobiety Ivana
- Justyna Sajdak, Nawet metka ma historię
- Edyta Średzińska, Skurcze
- Bells Smętek, Pomiędzy liniami brak
- Mateusz Szuba, Kanapa
- (Anna) Magdalena Walusiak, Zamiana
- Patrycja Warska, Nie pisałam się na to
- Inga Werecka, Na pewno się uda
- Ewa Wojtowska, Spokój nauczycielski
