Dostępnosć

Na pewno się uda

Inga Werecka

Godzina 6:45, wtorek, 2015

Codziennie rano jechałam godzinę do gimnazjum.

Autobus numer 72. Czasem niebiańsko pusty, czasami zapchany, ale wsiadałam na tyle blisko pętli, że zwykle mogłam usiąść na moim ulubionym miejscu. Koniec, okno, przy drzwiach, żeby nie musieć się przepychać. Zawsze ta sama strona. Okna były zaparowane niezależnie od pory roku. Zimą przynajmniej mróz rysował majestatyczne wzorki. Latem? Był festiwal potu i zmęczonego oddechu.

Mama miała samochód, ale nie było jej stać, żeby mnie codziennie odwozić do szkoły. Za daleko, za drogo, za dużo korków. Bilet miesięczny dla ucznia kosztował pięćdziesiąt pięć złotych, paliwo trochę więcej, choć było wtedy poniżej magicznych pięciu złotych za litr. Ale ja miałam mieć inaczej. Już niedługo skończę studia, będę mieć samochód i już nigdy nie wsiądę do przepełnionego autobusu bez klimatyzacji.

Tak mi się przynajmniej wydawało.

Autobus linii 72 jechał przez tereny przemysłowe. Czasem po dziurach, czasem po nowo wybudowanej drodze. Wiedziałam, kiedy zacząć pisać pracę domową na kolanie, a kiedy przypominać sobie w głowie utwory na dzisiejsze zajęcia w muzycznej. Ludzie wsiadali, wysiadali – najwięcej przy fabrykach. Zawsze patrzyłam na Panią Z Reklamówką Z Sinsaya. Wsiadała na tym samym przystanku co ja, przychodziła wcześniej, żeby wypalić papierosa. I zawsze miała ze sobą zwykłą, plastikową reklamówkę. Nigdy nie podejrzałam, co w niej miała.

Myślę, że ona też wierzyła, że to tylko kilka lat i będzie lepiej.

Mama mi często powtarzała, że ciężką pracą się dorobię. Bo to inne czasy. Teraz każdy może coś osiągnąć. Nawet ja. Pani Z Reklamówką Z Sinsaya chyba miała podobnie. A przynajmniej lubiłam tak myśleć. Niestety przez kilka następnych lat dalej widziałam ją na tym przystanku, z tym papierosem, w tym autobusie i wysiadającą na tym samym przystanku. Zmieniła się tylko Reklamówka – z Sinsaya na Bossa.

Wierzyłam mamie, kiedy mówiła mi „mistrzyni”. Wszyscy mówili, że będzie dobrze. Że jesteśmy pokoleniem nadziei. Że my już nie musimy niczego odbudowywać, niczego ratować – nic nie musimy. Nie było wojen, kryzysów ani powodzi. Mieliśmy tylko odnaleźć się w tym nowym, spokojnym świecie i zbudować coś nowego, lepszego.

Nauczycielka od polskiego na ostatnich zajęciach w grudniu powiedziała:

– Wam to dobrze, wszystko macie podane na tacy. Internet, korepetycje, poradniki. Kiedyś to człowiek musiał sam kombinować.

I wszyscy się zgadzali, a ja wstydziłam się, że mam komputer z i3 i nie chodzi mi Minecraft. Nie miałam licencji na Worda. Nie byłam na Bali, nie spędzałam ferii we włoskich Dolomitach, a na święta nie dostałam AirMaxów. Nie było kasy na korki, a mama nie umiała mi pomóc w zadaniach domowych.

Każdy widział w nas potencjał. Trudno go nie widzieć w prywatnych szkołach, gdzie byle kiwnięcie jest postrzegane jako wyczyn ponadczasowy. Dużo czytałam, chemia wydawała się logiczna. Byłam na olimpiadach, doszłam do finału, ale nie dostałam nagrody. Brałam udział w konkursach matematyczno-fizycznych, ale nie zdobyłam wystarczającej liczby punktów.

Byłam przeciętna wśród najlepszych.

Na godzinie wychowawczej rozmawialiśmy o celach. Co chcemy osiągnąć za dziesięć lat. Wyciągnęłam zeszyt, pióro i zatytułowałam stronę „Przyszłość”. Wpisałam tam:

  • Skończyć szkołę (chociaż jedną) – muzyczną i gimnazjum
  • Skończyć studia w Anglii gdziekolwiek
  • Mieć chłopaka (Liam Payne albo Harry Styles)
  • Mieć swój dom (i 5 psów – Border Collie, King Charles Spaniel, Dogue de Bordeaux, Golden Retriever i
  • buldog angielski)
  • Mieć superdochodową pracę – taką, która sprawia mi przyjemność
  • Pójść na koncert One Direction
  • Być szczęśliwa i zadowolona z siebie

Codziennie rano jechałam godzinę i powtarzałam sobie, że to wszystko się wydarzy. Bo przecież miało się wydarzyć. Wystarczyło chcieć.

Wieczór, tydzień przed maturami, 2019

Większość repetytoriów, poradników, filmików na YouTubie mówi, żeby przed maturami odpocząć. Najlepiej dzień przed, ale nawet tydzień przed już tylko powtarzać.

Była 22:34 i problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, kiedy matury się rzeczywiście odbędą. I czy w ogóle się odbędą.

Odświeżam stronę ministerstwa, patrzę na wiadomości, grupę klasową i maile od wychowawczyni. Cisza.

Popołudniu minęłam się z nią pod szkołą, mówiła coś o walce:

– Nie pozwolimy was skrzywdzić. Walczymy też o wasze lepsze jutro.

Moje jutro w tym momencie nie wiedziało, czy powtarzać cykl rozmnażania sosny, bo może przez strajki nauczycieli nie będzie matur. Nie miałam im tego za złe. Widziałam, jak ciężko pracują, a jak niewiele za to otrzymują. Jak muszą się użerać z roszczeniowymi rodzicami, gonić z materiałem, bo jest go za dużo, a uczniowie nie współpracują. Jak wszyscy domagają się czegoś lepszego od życia. Bo przecież są lepsze czasy, to zasługują na coś lepszego. Rozumiałam. Ale rozumiałam też, że niekoniecznie musi to oznaczać moje lepsze jutro.

A przecież wszystko dobrze się zapowiadało. Drugą i trzecią klasę gimnazjum skończyłam z wyróżnieniem. Pomogła kartka z zeszytu, teraz wisząca nad biurkiem. Szkoła, studia, chłopak, własny dom z psami, koncerty, praca i szczęście. Wszystko szło w tym kierunku.

2016 rok, dostaję się do najlepszego liceum w mieście, mam nowe podręczniki, nawet dostałam AirMaxy od dziadków za pasek. Czerwone, żeby pasowały.

Zobaczyłam, że rzeczywiście moja ciężka praca się opłaca – te konkursy, olimpiady. To wszystko prowadziło ku czemuś większemu, lepszemu. Przecież liceum to miał być najlepszy czas w moim życiu. Przynajmniej tak mówili.

W 2017 miałam fazę na olimpiady. Z chemii, z polskiego, nawet z biologii. Nie wygrywałam, ale przechodziłam dalej. Pamiętam, jak koleżanka miała indeks w kieszeni po drugiej klasie, a ja tylko stempel na dyplomie za udział. Mimo wszystko myślałam, że zdążę. Że się odbiję, że się ogarnę, że się dostanę. Gdzieś… Bo przecież jestem z tych, co „mają potencjał”. Bo przecież tak ciężko pracuję.

W 2018 zaczęłam klasę maturalną. Między osiemnastki na działce a codzienne robienie arkuszy maturalnych zaczęły się wkradać pierwsze wątpliwości. Czy aby na pewno mogę celować wyżej?

Nikt nie chciał studiować za granicą. Tylko ja. Bo wygodniej tutaj, tu nie są złe uczelnie, za mało czasu. Zaczęłam liczyć punkty w Excelu, przeglądać progi z poprzednich lat, sprawdzać wymagania. Oglądałam na YouTubie vlogi studentów z Oksfordu i myślałam, że przecież też tak mogę. Takim jesteśmy pokoleniem. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to wszystko nie zależy tylko ode mnie.

Teraz, w 2019, siedzę i nie wiem nawet, czy napiszę maturę. Bo system się sypie. Bo nauczyciele wyjechali. Bo nikt nie chce być kozłem ofiarnym. Bo z całej tej naszej „drogi do sukcesu” zostało mi tylko puste biurko i mały, zużyty kalkulator.

Profesor Stankiewicz od chemii zlitował się i przez ostatni miesiąc przygotowywał nas do matury w salce parafialnej. Wszystko w tajemnicy, żeby się nie wydało. Trochę jak w czasach wojennych. Ale przecież to są najlepsze możliwe czasy. Nigdy nie było tak dobrze jak teraz.

Dwa dni przed obroną pracy inżynierskiej, luty 2023

Mój laptop ma otwarte piętnaście PDF-ów i niezliczoną liczbę kart w Google Chrome. Każdy plik otwierałam już po dziesięć razy. I nadal nie wiem, co mam powiedzieć komisji. Jak wypaść dobrze.

Otwieram ten zatytułowany Inżynierka_final_teraz_na pewno i po raz kolejny skanuję wzorkiem dzieło. Teoretycznie to moja praca inżynierska. W praktyce to dobrze złożony PDF. Tyle że im dłużej na to patrzę, tym bardziej czuję, że to nie moje. Że to nie ja. Że to nie tak miało wyglądać. Miały być studia za granicą, są studia w Polsce. Ale mama mówi, że dobrze, że zostałam. Co by było, jakbym utknęła sama za granicą?

Wszyscy teraz żartują z inżynierów po pandemii. Że co to za inżynier, który nie widział probówki. Że co to za laborant, który zdawał kolosa przez Zooma? Że jakbyśmy mieli budować most, to lepiej na niego nie wchodzić. Oczywiście sama się śmieję z tych żartów, bo taka prawda. Składałam układy elektroniczne zdalnie, przeprowadzałam reakcje strąceniowe na papierze i otrzymywałam związki organiczne na wideo.

A ja serio chciałam się uczyć. Naprawdę próbowałam.

2020 rok, wyjazd na studia do innego miasta, zakwaterowanie w akademiku. Typowy semestr bicia się z analizą matematyczną, a potem grania we flanki. Przed akademikiem, na Wyspie Słodowej, na Bulwarach. Wszystko szło dobrze. Byłam na liście do stypendium rektora. Wszystko pozdawane w pierwszym terminie, same piątki. Wprowadzono nawet program mentoringowy, do którego dostałam zaproszenie. Zaproszenie też na konferencję. Nowe miasto, nowa ja. Myślałam, że może te studia w Polsce nie będą takie złe.

Tylko że zaraz potem przestaliśmy wychodzić z domu.

Na początku nawet się ucieszyłam. Myślałam, że z byle powodu zamknęli uczelnie, że trochę to będzie jak wakacje. I na początku było. Zaczął się nowy semestr, ale okazało się, że starszym profesorom brakowało sprzętu. Laptop bez kamerki, słabe łącze, jeden profesor poddał się i dał przepis wszystkim z laboratoriów na wykład. Ktoś nagrał wykład, na którym kot zasłaniał ekran. Ktoś inny zapomniał wyłączyć mikrofon i było słychać, jak gra w Simsy. I jeszcze klasyczne: „Jak udostępnić ekran?”.

Ale z biegiem czasu przestało być miło. Pryskanie klamek, kolejki do wejścia do sklepu, zakupy na kwarantannie, niepewność i cisza. Zwierzętom się to w sumie spodobało. Studentom nawet też. Wymyślaliśmy coraz to nowsze sposoby na ściąganie, bycie nieuchwytnym przez kamerki czy rozwiązywanie zadań obliczeniowych w dziesięć sekund. Dawaliśmy sobie radę. Ktoś by powiedział, że mogliśmy tego nie robić. Mogliśmy uczciwie pisać kolokwia, nie ściągać.

W 2021 poznawaliśmy się przez Internet. Cały nasz świat zamknął się w ekranie laptopa. Nie było flanek, nie było juwenaliów, nie było spotkań – były Teamsy i Zoom.

Jedna trzecia roku zrezygnowała. Bo nie po to szli na chemię, żeby czytać PDF-y o eksperymentach w laboratorium. Mieliśmy rozpiski zajęć, które wyglądały jak memy – jedna strona A4 i wszystko odwołane. Laboratoria? Robiliśmy referaty o eksperymentach, których nigdy nie widzieliśmy. Wymyślałam opisy zapachów chemikaliów, których nie dotknęłam.

Pamiętam, jak raz dostaliśmy zadanie, żeby „na podstawie filmiku z YouTube’a przeanalizować reakcję jakościową”. Zrobiłam to perfekcyjnie. Dostałam piątkę. Do dziś nie wiem, jak wygląda ten osad w rzeczywistości.

Ale w końcu się wszystko unormowało. Wróciliśmy na uczelnie, mogłam wszystko nadrobić. Co prawda zajęcia w maseczkach, więc nie poznawało się ludzi, ale można było działać. Wrócić do mentoringu, otworzyć się na znajomości, może nawet pójść na juwenalia. Koło naukowe, organizacje studenckie, wyjazdy, festiwale – robiłam wszystko naraz. Bo byłam spragniona życia studenckiego. Tak bardzo chciałam nadrobić czas. Tylko oczywiście to się nigdy nie udaje. Czasu nie można cofnąć.

Wierzyłam jednak, że to możliwe, bo przecież żyjemy w najlepszych możliwych czasach.

– Każde pokolenie musi przejść swój kataklizm – powiedziała jedna z profesorek podczas zajęć zdalnych.
My mieliśmy pandemię. To chyba już wystarczy, prawda?

W 2022 wybuchła wojna w Ukrainie. W radiu ciągle podawali apele o to, żeby jechać na granicę przewozić ludzi. Bo to nie jest granica piesza. Ale ludzie stoją, czekają, boją się, marzną. Nie byłam tam, nie miałam auta. Ale znajomi jechali. Opowiadali.

Pod akademikiem było centrum pomocy uchodźcom, jeden z akademików przeznaczono właśnie dla nich. Wzrosły ceny, ale rozumieliśmy – trzeba pomóc. Znosiliśmy garnki, kołdry, zabawki. Pisałam wiadomości do znajomych, czy ktoś ma łóżeczko dziecięce. Ktoś pytał, czy nie mam wózka inwalidzkiego do oddania. Ciągle się zastanawiałam, czy to wystarczy. Czy mogę zrobić coś więcej?

Na spotkaniach koła często przechodził mnie dreszcz. Bo w Ukrainie studenci tacy jak my przygotowują koktajle Mołotowa. A my rozprawiamy o projekcie warzenia piwa z wysłodzin browarniczych.

Wszystko się wtedy zmieniło. Nie dało się już udawać, że nauka to tylko oceny. Nie dało się już myśleć, że przyszłość jakoś się sama zrobi. Mieliśmy żyć w czasach najlepszych, jakie nadeszły. Najspokojniejszych, z największą ilością możliwości. Okazało się jednak, że mamy wojnę za naszą granicą. Zaczęły się pytania: kogo, czy i kiedy poślą do wojska?

A teraz siedzę przed prezentacją i powinnam czuć się dumna. Ale mam tylko pytanie: czy ja naprawdę na to zasługuję? Czy to, co robiłam przez trzy lata, naprawdę znaczy cokolwiek? Czy w tym przypadku obrona to sukces, czy tylko formalność? Czy mogę się nazywać inżynierem, jeśli nie wyznaczyłam modułu Younga dla stali? Gdzie te plany, marzenia, gdzie ta praca marzeń?

Kiedyś obiecano mi, że jak się będę uczyć, to wszystko się ułoży. Uczyłam się. Ale jakoś nic się nie chce ułożyć.

Wrzesień 2024

Po obronie magisterki miałam miesiąc wakacji. Pierwszy od lat. Każde możliwe wakacje spędzone na bezpłatnym stażu. Bo nie mam doświadczenia, więc nikt nie będzie mi płacił za naukę. Nikt nie będzie mnie uczyć za darmo. Rozumiałam. Wszyscy mają ciężko. Ale im jest ciężej, tym potem będzie lepiej. Bo ciężka praca popłaca.

Dlatego na wakacje nie pojechałam nigdzie. Nie było za co. Nie miałam oszczędności, bo wszystko wydawałam na studia. Bo potem rynek miał stać otworem. Potrzebny tylko magister.

Przez pierwszy tydzień leżałam i patrzyłam w sufit. Przez drugi przeglądałam oferty pracy. W trzecim zrozumiałam, że rynek nie czekał. A przez czwarty miałam już lęki, że zostanę w domu na zawsze.

Gdy przygotowałam pięćdziesiątą trzecią wersję mojego CV, a każda była specjalnie skrojona pod poszczególne firmy, zadzwonił telefon. Laboratorium diagnostyczne. Minimalna krajowa. Trzyzmianówka i grafik z tygodnia na tydzień. Nie wolno planować urlopów, bo „na twoje miejsce jest piętnaście innych dziewczyn”.

Zadzwonili o 11:30. O 13:00 już podpisywałam papiery.

Dojeżdżam godzinę, stoję osiem, wracam godzinę. Mam dziesięć godzin snu do podziału na trzy dni.

Ale rozumiem i jestem wdzięczna. Bo mam pracę. Bo nie siedzę już na garnuszku. Bo inni nie mają nawet tego.

Spotykamy się czasem z grupą ze studiów i porównujemy, gdzie kto dostał pracę. Wymieniamy się nowinkami, pomagamy sobie. Bo co innego możemy zrobić, my, inżynierowie po zdalnym?

Mama się cieszyła. Sąsiadka też.

– No to teraz pora na rodzinę! – rzuciła w windzie.

Uśmiechnęłam się. Bo co miałam zrobić?

Rodzinę. Z kim? Z chłopakiem z Tindera, który napisał „Jak coś, to koszty randki dzielimy na pół”? Czy z tym, co powiedział, że „Jak kobieta ma dwadzieścia cztery lata i nie myśli o dziecku, to coś z nią nie tak”?

Rodzinę. Gdzie? W wynajmowanym mieszkaniu z meblościanką z OLX-a i umową na czas określony? Z kuchnią bez okna, gdzie pies już raz poparzył się o grzejnik?

Rodzinę. Za co? Za oszczędności, które znikają przy pierwszym RTG psa i tabletkach na depresję? Z pensji, która nie wystarcza na trzy dni zwolnienia?

Rodzinę. Po co? Żeby po macierzyńskim nie mieć dokąd wrócić? Żeby ktoś inny dostał moje miejsce? Żeby sąsiadka znowu powiedziała: „Bo wie pani, przyrost naturalny leży”?

Nie wiem. Nie mam mieszkania, chłopa, oszczędności ani stabilnego zatrudnienia. Mam woreczek z jedzeniem dla psa, torbę do tramwaju i dwie pary butów, które nie cisną.

Ale podobno wszystko jeszcze przede mną.

Godzina 6:45, wtorek, 2025

Codziennie rano jeżdżę godzinę do pracy.

Tramwaj numer 2. Ciągnie się przez całe miasto w linii prostej. Łączy jedną sypialnię z centrum i kończy na drugiej sypialni. Zawsze pełny. Każdy stoi gdzieś, byle się udało. Bez planu. Jak meble po tanim remoncie w patodeweloperce. Codziennie ktoś mdlał, bo tutaj również okna były zaparowane. Klima czasem chodziła, choć nie wtedy, gdy ja jechałam. Ktoś pachnie wódką i papierosami, ktoś się modli, czasem ktoś krzyknie. Nie mam już swojego miejsca, nie wsiadam przy pętli. Nie próbuję nawet siadać. Bo zaraz wejdzie bąbelek, starszy pan albo nastolatka bez nogi – i trzeba będzie wstać. Wkładam słuchawki, słucham podcastów o sytuacji na świecie.

Mama czasem zadzwoni. Rozmawiamy o polityce. Nie popieram nikogo, ale ona tak. Przywołuje historię, tę bliższą i dalszą, wychwala naród, boi się imigrantów. Czasem jej przytaknę, bo też się boję, mimo że pracuję z Irańczykiem. Wołamy na niego Michał, mówi po polsku, spoko gość. Jedynie przeszkadza mi zapach jego ryżu, bo robi z szafranem. Dobry, dał mi spróbować podczas jednego z lunchów, ale ten szafran mi nie leży. Mama mówi, że oni nigdy się nie zmieniają. A potem pyta, czy nie myślałam, żeby wrócić do domu, bo po co mi tyle wydatków.

Mieszkam sama, w mieszkaniu. Nie moim, wynajmowanym. Dzisiaj już nie ma Euroremontu, jest Ikearemont, więc mam mieszkanie całe białe, w którym nie mogłabym legalnie trzymać większego psa. Bo za małe. Mam więc kundelka, włochatego, ze schroniska. Wafel. Liczę, że dostanę choć połowę kaucji z powrotem, bo wiem, że białe mieszkanie jest niemożliwe do utrzymania w stanie perfekcyjnym. Właściciel też to wie.

Spotykam się na kawę z przyjaciółką. Została na uczelni robić doktorat. Ma stabilne zatrudnienie, korki, chłopaka, psa i przychodzi do pracy jak chce. Projektu nie ma, więc byle by była na zajęcia ze studentami, to będzie dobrze. Radzi mi znaleźć sobie kogoś.

– Będzie ci łatwiej, rozłożycie opłaty na pół, trochę zaoszczędzisz, a i będzie się do kogo w nocy przytulić.

Byłam na Hinge, Bumble, Tinderze. Żadna z tych aplikacji nie ma opcji „ktoś normalny, kto myje zęby i nie pisze: »co tam słonko?«”. Był Typ Od Medytacji i Typ Co Ma Trzy Mieszkania, ale nie wiadomo skąd. Był też Typ Z Mamą W Opisie. Ale nie było nikogo normalnego. Nikogo, kto byłby oparciem, z kim dałoby się pogadać, kto by akceptował.

Zapisałam się na siłownię, zrobiłam lepsze zdjęcia. Był Typ Sportowy, był Typ Z Teslą, był Typ Informatyk. Nikt normalny.

Mówią, żeby oszczędzać. Bo pandemia, wojna za naszą granicą, wojna na Bliskim Wschodzie, kryzys humanitarny, zamykanie granic, nigdy nic nie wiadomo. Internetowi coachowie mówią, żeby odkładać dziesięć procent przychodów miesięcznie. A najlepiej inwestować. Ale nie w byle co, bo się nie zwróci. Nie w oczywiste, bo za małe zwroty. Nie w ryzykowne, bo się straci. Nie w bezpieczne, bo się nic nie zarobi.

Próbuję odkładać dziesięć procent, ale te sześćset pięćdziesiąt złotych co miesiąc ucieka. Bo to pies chory, bo to mama potrzebuje, bo to leki trzeba kupić.

Tramwaj dzisiaj jedzie objazdem. Przejeżdża przez te same tereny przemysłowe co kiedyś autobus 72. Wybudowali linię tramwajową pod koniec mojego liceum. Akurat jak już nie potrzebowałam. Autobus jeździł często pusty. Tramwaj ledwo domyka drzwi.

Autobus był synonimem innego życia. Wtedy miałam zeszyt z marzeniami. Teraz mam notatnik z terminami badań, datami cyklu i PIN-em do firmowego logowania. Wtedy patrzyłam przez zaparowane okno i wierzyłam, że za kilka lat nie będę już musiała się tłuc MPK. Że będę miała samochód, dom na obrzeżach i pięć psów. Z chłopakiem. Bo tak nam powiedziano. Obiecano. Mieliśmy mieć łatwiej.

Dziś mam kartę miejską za sto osiemdziesiąt cztery złote zamiast za pięćdziesiąt pięć. Moje marzenie? Wziąć kredyt. Nawet nie mam zdolności, ale marzę, że kiedyś będę mogła mieć swój własny kąt. Jak moi rodzice, jak dziadkowie. A to przecież oni mieli mieć ciężko.

Przejeżdżam przez mój dawny przystanek autobusowy. Ten do gimnazjum, którego już nie ma. Pani Z Reklamówką Z Bossa już nie wsiada. Może zmieniła trasę. Może zmieniła życie. Ja zmieniłam tylko cenę biletu miesięcznego.

Materiał zamieszczony na tej stronie jest dostępny na licencji Creative Commons CC BY NC ND

O mnie w tej waszej historii nie ma nic
Antologia opowiadań non-fiction projektu „Opowiedz mi Polskę”

Spis treści

Partnerzy Partnerzy
Nasz serwis korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Zapoznaj się z naszą polityką prywatności