Dostępnosć

Zamiana

Magdalena Walusiak

Mój syn był moją córką. Nie przeszłam może nad tym do porządku dziennego, ale też nie przeżyłam tego tak bardzo, jak się niektórym wydaje.

Owszem, bolało rozstanie z Arystotelesem, ale wciąż pamiętam swoje pierwsze dziecięce oświadczyny złożone najpiękniejszej dziewczynce, jaką znałam – o rok starszej ode mnie córce przyjaciółki mamy: „Ożenię się z tobą!”.

I odmowę. Nie dlatego, że miałam wtedy tylko pięć lat. Nie byłam chłopcem!

Chłopcy mieli lepiej: mogli żenić się z dziewczynkami i dostawali o wiele fajniejsze zabawki. Na szczęście na widok mojego zakrwawionego policzka mama natychmiast zrozumiała, że musi kupować dwa takie same żołnierzyki – dla syna i dla córki – żeby mieć w domu święty spokój.

Mam to wypisane na twarzy. Cieniutka kreska na policzku to ślad po strzale z łuku najpiękniejszego na świecie Indianina – figurki, którą dostał mój brat i której nie dał sobie odebrać. Miałam później swoich ulubieńców, ale żaden nie był równie piękny jak ten bez pary.

Nigdy nie ośmieliłam się marzyć, że mogę być Winnetou, ale Old Shatterhandem i owszem. Cierpiałam, że nie jestem czerwonoskórym, ale czułam, że nie powinnam podkradać takiej tożsamości. Dziwne, bo męskiej pożądałam. Chyba że akurat podobał mi się chłopak, wtedy bardziej czułam się dziewczynką, ale wygoda i bezkarność przygód szybko wygrywały. Przynajmniej w dzieciństwie.

A moja córka uwielbiała lalki. Miała mnóstwo Barbie, czytała „WITCH” i „Winx”, i wszystkie numery „Księżniczki” o disneypannach z koronami i bez koronek, kochała kosmetyki i w szkole podstawowej miała ich więcej niż ja przez całe życie. Podobnie z sukienkami, butami, biżuterią.

Marzenia też miała dziewczyńskie: mieć dom jak dzieci z Bullerbyn i zamieszkać tam z Jaśkiem z grupy przedszkolnej. Miała na imię Małgosia…

Burza hormonów i nagle gdzieś zniknęła ta dziewczynka… dziewczynkowa do setnej potęgi; tak bardzo, że nie do pojęcia dla mnie – kumpeli z podwórka, grającej z kolegami w kapsle i suszącej lonty do odpalania domowej roboty ładunków z saletry i cukru, włóczącej się po piwnicach i starych bunkrach z finką przy pasku i scyzorykiem w kieszeni, gdyby finka zawiodła.

Córczynej dziewczęcości było mi żal, ale nie tak jak dzieciaka, który nie cierpiał siebie, bo odkrył się nie w tym ciele. Mojego jedynego dzieciaka, który nie umiał wyjść z łóżka, żeby iść do szkoły, a potem nawet przesiąść się do komputera obok posłania. I który ciął ręce i uda, by krew utopiła mocniejszy ból. Ten poza ciałem.

Znajdź sens, synku, miej marzenia i plany.

I kochaj. Siebie przede wszystkim. Tak jak ja wciąż nie umiem.

Materiał zamieszczony na tej stronie jest dostępny na licencji Creative Commons CC BY NC ND

O mnie w tej waszej historii nie ma nic
Antologia opowiadań non-fiction projektu „Opowiedz mi Polskę”

Spis treści

Partnerzy Partnerzy
Nasz serwis korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Zapoznaj się z naszą polityką prywatności